Komplet dwóch książek o wędkarskim survivalu w Mongolii

Dodaj recenzję:
  • Producent: Oficyna Wydawnicza "Rewasz"
  • Waga: 0.24 kg
  • Dostępność: Jest
  • 43,00 zł 30,00 zł
komplet dwóch książek Bolesława A. Uryna o wędkarskim survivalu w Mongolii

Mongolia — wędkarski survival. Survival z ludzką twarzą.
Mongolia — spinning, tajmienie i... szczury

 

 

Komplet dwóch książek:

 

Mongolia — wędkarski survival. Survival z ludzką twarzą

224 strony tekstu, 24 strony wkładki kolorowej (51 fotografii barwnych), 21 fotografii czarno-białych, okładka miękka ze skrzydełkami, wewnątrz skrzydełek schematyczna mapa Mongolii oraz okolice jeziora Chubsuguł i kotliny Darchackiej. Wydanie I. Pruszków 2009

Kilka słów do książki Bolesława Uryna  "MONGOLIA - wędkarski survival"

Jest niewielu, którzy potrafią przelać na papier swą bogatą wiedzę o rybach, łowiskach i wędkowaniu w sposób zrozumiały nawet dla początkujących czytelników. Innych, jeszcze mniej licznych, los obdarzył rzadką umiejętnością zaklinania w piękne słowa emocji i wrażeń z wypraw  wędkarskich. Ale znam tylko jednego wędkującego autora, który posiadł obie te umiejętności i nie szczędzi wysiłków, aby hojnie obdarować czytelników swą twórczością. Jest nim Bolek Uryn. W jego książkach i reportażach - "dziennikach podróży", które z przyjemnością regularnie publikuję w "Wędkarskim Świecie" (i których jestem wiernym czytelnikiem), zawsze odnajduję niezwykłą ciekawość świata, szacunek dla dzikiej przyrody i wielką pasję wędkowania Autora. A nade wszystko cenię prawdziwość reportaży Bolka, ponieważ pisze On tylko o tym, czego dotknął lub doświadczył na własnej skórze, albo co widział na własne oczy. Trzeba podkreślić ogrom wiedzy autora - ichtiologa, doktora nauk i mongolisty. Wędkarski survival w Mongolii jest tego najlepszym przykładem.
Ta wspaniała książka fascynuje, bawi, uczy i informuje...

Jacek Kolendowicz          
WĘDKARSKI ŚWIAT


Od autora

Survival, nazywam tak - "wyprawy o ponadprzeciętnej skali trudności, wymagające samodzielnego radzenia sobie w odległych krainach, ekstremalnych warunkach, trudnym terenie, na wodzie lub lądzie...", a określany przeze mnie dodatkowo - "z ludzką twarzą..." - jeśli nie jest to odmiana masochistycznego wyczynu, tylko - profesjonalnie przygotowana, bezpieczna i zdrowa zabawa oraz - jednocześnie - nauka! Odbywająca się wprawdzie w egzotycznej i odludnej scenerii, ale mająca na celu nie wyłącznie "przetrwanie", a poznanie zarówno miejscowej przyrody, jak i - historii, kultury, religii, kuchni itp. odwiedzanego narodu i zakątka świata. A wszystko z bliska, z "pierwszej ręki", ze "wspólnej z autochtonem miski", a co najważniejsze - bez ingerencji i szkody dla środowiska!
Uważam go za doskonałą kuźnię charakteru i szkołę życia ludzi młodych, ponieważ kształtuje osobowość, wyrabia samodzielność, odpowiedzialność, uczy obcych  języków, poszerza horyzonty i umożliwia zdobycie unikatowej wiedzy przydatnej potem w życiu, rodzinie i każdym zawodzie.  
Zatem mój survival to bezpieczne, przyjemne i radosne zbliżenie ich do Matki Natury, które bawi, uczy, wychowuje i... wydłuża życie! Bo taki relaks fizyczny i psychiczny, usuwający zabójcze stresy, doskonale poprawiaa zdrowie i przedłuża życie "słabej płci", jaką w rzeczywistości stał się współczesny mężczyzna. Wszystko dla tych niezapomnianych chwil, spędzonych nad wodą, w cudownej scenografii  gdzieś na końcu świata. I dla zdrowia.
Jeśli wędkarz - podróżnik, eksploruje samodzielnie łowiska gdzieś - tam na końcu świata, jeśli jest to prawdziwa wyprawa w odludne regiony świata, mająca na celu głównie połowy ryb, to taki survival nazywam "wędkarskim".
Wędkarski survival...  
Bo jak nie nazwać survivalem wędkowania np. w ciemnościach nocy w ciężkim, górskim terenie Mongolii? Marszu po omacku z wędką  w ręce  po porośniętym gąszczem krzewów i drzew , oszronionym rumowisku skalnym, na skraju przepaści z rzeką ryczącą na dole. Samo przemieszczanie się nocą w tych warunkach to już istny  "horror" grożący wypadkiem, a przeprawa po ciemku,  przez dziką rzekę to dodatkowo wielkie ryzyko utopienia!  Wierzcie mi - trzeba być naprawdę "szalonym", survivalowym wędkarzem by zanurzyć się nocą samotnie w mongolską rzekę, w wodę po piersi, mając na dodatek na końcu plecionki uczepionego do haka półtora metrowego tajmienia, ciągnącego jak lokomotywa, łamiącego jak trzcinkę gruby na palec "kij" z włókien węglowych.  Moi koledzy po takim nocnym wędkowaniu wracali nad ranem - na szczęście cali i zdrowi, z wielkimi sukcesami ale... "na czworakach". Skrobali zimne resztki z kociołka i opowiadali przygody. Szczęśliwi zasypiali na oszronionej ziemi nie mając już siły, by w namiocie wczołgać się do śpiwora. Ale właśnie tę "masakrę" wspominają latami... W takich warunkach samotne, nocne zmagania z wielką rybą wciągającą do wody łowcę (uzbrojonego jedynie z malutką latarkę naczołową...) są równie ryzykowne i męczące jak - jakieś tam - survivalowe polowanie na niedźwiedzia z łuku, spływ pontonowy po Alasce (odbywany  w odpowiednim izotermicznym kombinezonie, kasku i kamizelce ratunkowej,  zimowy marsz przez śnieżne bezdroża Syberii (z satelitarnym telefonem pod ręką...),  itp. "extremum..."  
Wyprawy do Mongolii opisałem obszernie w książce p.t. "Mongolia - wyprawy w tajgę i step". Przypomnę, że nie jest tam łatwo. Podróżując tysiąc kilometrów szlakami przez mongolskie bezdroża zatrzymacie się nie raz koło kamiennej piramidy - kurhanu wotalnego owoo, by złożyć tam ofiarę za szczęśliwą podróż. Ale i tak pewnie zagrzebiecie się w błocie po osie auta, lub przeżyjecie emocje niebezpiecznej przeprawy samochodowej przez rzeczny bród. Potem, nim dotrzecie daleko za szczyty gór, nad piękną i rybną wodę, to najpierw wytrzęsiecie się w twardej, drewnianej końskiej kulbace. Nocą będą wyły wilki i będziecie marzli w namiociku a papu gotowane na ognisku nie wszystkim będzie smakowało. Ale warto pomęczyć się, by w końcu trafić do miejsc, gdzie w cudownej scenerii górskiej rzeki, można złowić na spinning lub muchówką wiele ogromnych, walecznych tajmieni, ślicznych lenoków czy lipieni. Sieję, karpia, suma, szczupaka lub może nawet jesiotra.
Poznacie jurtowy świat żywcem przeniesiony z czasów chanów.
Niniejsza książka stawia sobie za cel zachęcić Was do wędkowania  i survivalowego podróżowania. Mam też nadzieję, że zgromadzone w niej moje przygody i doświadczenia zaciągną Was także do Mongolii a tam doprowadzą do spotkania  z tajmieniem - wymarzoną "rybą życia". Dzikim, drapieżnym syberyjskim "czerwonym szczupakiem". Wspaniałą, wielką, syberyjską głowacicą. Chociaż - tak naprawdę - to uważam, że wielkość ryby nie jest najważniejsza. I tak przecież po złowieniu tajmyszka wróci z powrotem do wody. Liczy się jedynie  "gonienie króliczka" i TO gdzie i jak to się robi. Ryba będzie dla Was jedynie pretekstem do poznania tajemniczej ojczyzny Czyngis-chana. Świata jurt, koni i kumysu. Do pobytu w najlepszym "sanatorium" - odludnej, modrzewiowej, górskiej tajdze i w tundrze. Wędkowania w dziewiczych, pięknych rzekach i jeziorach. Poznania miejscowych, starych metod  połowu i przynęt z czasów Czyngis-chana.
Zapraszam do odległej Azji jak z czasów mongolskich chanów. Jurt, konnych pasterzy i szamanów. Do Mongolii - unikatowego kraju kontrastów,  bogatego w rzeki,  jeziora i - oczywiście - liczne wielkie, piękne i waleczne ryby wędkarskie.

Bolek "Boleebaatar" Uryn


Spis treści
Od autora
Z głębi serca.
Sny o mongolskim tajmieniu
Mongolia - wody i wędkarskie łowiska
Zaczęła się wielka przygoda!
Skośnookie ryby
Tajemnice tajmieni
Spalona tajga, przepaść i niedźwiedź
Jak dawni Mongołowie - na ryby z łukiem
Szczury Jaremy Stępowskiego
Z karabinem na tajmienia
UAZ Trophy i stepowa myszka
Orki i  foki
"Masakra!"
Szczupakowe eldorado
Duch Wielkiego Tajmienia
Tam gdzie Czyngis-chan łowił ryby na wędkę.
Wysokogórski osman
Tajmienie szamana!
A więc to jeszcze nie koniec?
Ważniejsze ryby Mongolii

 

 Mongolia. Spinning, tajmienie i... szczury

144 strony tekstu, 16 stron wkładki barwnej (33 fotografie barwne), 24 ilustracje czarno-białe, okładka miękka ze skrzydełkami, wewnątrz skrzydełek schematyczna mapa Mongolii oraz dorzecze Czuluut goł. Wydanie I. Pruszków 2009

Od autora
W życiu nie miałem takich wspaniałych obozowisk jak te nad rzeką Czuluut-goł w Mongolii. Bo powiedzcie sami - siedzę sobie teraz pod drzewem na rozkładanym krzesełku (a co...!) i piszę te słowa. Obok, oparty o pień modrzewia stoi karabin i spinning z bujającą się przynętą na tajmienie - futrzanym szczurem. Pod ręką leży Pelikan box z aparatem fotograficznym gotowym do użycia. Kilka metrów dalej, nad brzegiem, obok wystającego z piasku białego pnia drzewa czeka na mnie mój malutki namiocik z puchowym śpiworkiem w środku.

A o krok przepiękna rzeka z czekającymi na mnie rybami. Szum wody i pluski żerujących ryb odbijają się od przeciwległego, skalnego zbocza schodzącego do samej wody. Niedawno podglądałem tam wędrującego po skałach lisa. Wczoraj - fotografowałem wilka i orła.

Z tej strony rzeki - nade mną - piętrzy się pod niebo, groźna, piękna skalna ściana. Poświstują tam susełki. Z góry, zza jej krawędzi, ze stepu - dosłownie - przelewa się gorący kondensat olejków roślin stepowych. Piołunu, perzu, turzycy, rumianku... Co za zapach! Na krańcu tunelu - kanionu rzeki - pięknie zachodzi słońce...

Taki plener nie wymaga talentu pisarskiego. W takiej scenerii słowa same przelewają się na papier. A fotografowanie? Można zamknąć oczy i pstrykać na wszystkie strony, a zdjęcia wyjdą piękne albo przynajmniej interesujące...

Przede mną malutkie ognisko. Trzeszczy palące się drewno modrzewiowe (wspaniale pachnie a dym skutecznie odstrasza komary...) na ruszcie pięknie rumieni się mój lenok. Złapałem go przed chwilką. Po pięciu minutach łowienia, tutaj, o krok od namiotu. Za moment pyszna kolacja będzie gotowa. Póki co siorbię sobie kubas gorącej herbaty z łykiem rumu na rozgrzewkę, bo mimo że w ciągu dnia był upał, to teraz w cieniu czai się zimna wilgoć zmarzłoci i nocny szron już pokrywa namioty. Tak, tak... To Mongolia, słońce chowa się za góry i natychmiast temperatura spada o 20 stopni...

I żadnej telewizji i budzika... Komorka oczywiście też nie działa. I ta miła świadomość, że wszystko wokoło jest realne, że to nie sen czy film. Że jutro może być tylko jeszcze piękniej, jeszcze ciekawiej...

Kiedyś nie wierzyłem opowieściom o ogromnej ilości ryb w rzekach, dopóki sam się nie przekonałem, jak to jest. Niejednokrotnie, widząc płytką wodę, nawet nie chciało mi się wyciągać spinningu i popełniłbym błąd, bo ryb było tam "więcej niż wody"! Ciągle zaniedbywane przez wędkarzy są mongolskie, endemiczne ryby, osmany, miętusy czy sumy.

Ciężko uwierzyć, że wielki, drapieżny tajmień może aż wyskakiwać na brzeg w pogoni za pokarmem. Że atakuje ptactwo wodne czy płynącego liska, żmiję, nie mówiąc o drobnych gryzoniach. A to tutaj normalka. Wielokrotnie Mongołowie opowiadali mi o rybich potworach żyjących w ich wielkich rzekach czy ogromnych jeziorach-morzach i ze strachu przed nimi odprawiali szamańskie rytuały. Może więc lepiej zacząć im wierzyć i uważać wędkując na brzegu wielkiej rzeki czy niezgłębionego (blisko trzysta metrów głębokości!) jeziora Chubsuguł, czy bezkresnego jeziora-morza Char us-nuur, gdzie "wysepka" ma "tylko" 274 km2 (sic!)?

Zapraszam - wybierzcie się ze mną na tajmienie. Zacznijmy ten wędkarski survival.

Spis treści
Z wędką przez kontynenty
Kanion rzeki Kamiennej - raj czy piekło?
Wykład o mongolskich tajmieniach
Szczury, myszy i baranie flaki
Wyprawa SALMO CZULUUT
Rzeka brukowana rybami
W śmiertelnej pułapce!
Sumy i karpie
Potwor z "czarnej dziury"
Wędkarski "karabin maszynowy" z rzeki Egijn-gol
Nie daj się zabić tajmieniowi!
Latająca ryba
Moje kochane bliźnięta
Szczęki 4.
Wędkarski geokatching
Extreme Anglers Expeditions 2006 czyli rzeka, noc i ryby
Wyprawa Mongolia Iderijn-gol 2008 (2i)
Aneks dla obozowych głodomorów